czwartek, 3 stycznia 2013

Martin Scorsese - krew na krzyżu.

Scorsese

to jeden z niewielu twórców, którzy mają tak bogaty wkład w kino gangsterskie. Ten gatunek dominuje w filmach włoskiego imigranta, w jego filmach prawie zawsze występuje mniej lub bardziej zorganizowana przestępczość. Wynika to z tego, że jak sam reżyser wspomina, ze wychował się w takim świecie, na ulicach włoskiej dzielnicy Nowego Jorku, w którym zawsze istniała uprzywilejowana klasa gangsterska. Scorsese wspomina, że kiedy był małych chłopcem postanowił, że kiedy dorośnie zostanie księdzem lub gangsterem, ponieważ w świecie, który znał, tylko tacy ludzie mogli liczyć na powszechny szacunek. Światem biednych ulic takich (jakie reżyser ukazuje w jednym ze swych pierwszych doniosłych filmów - Ulice nędzy z 1973 roku) rządzi tradycja, jednak świat ten jest rozdarty pomiędzy tradycyjne wartości chrześcijańskie a chęć pozyskania zysku i wpływów, dla której tworzone są organizacje przestępcze, których struktura często (paradoksalnie) zakorzeniona także w jest w tradycji - gangsterzy to powierzchownie dobrzy katolicy hołdujący starym wartością jak rodzina i wierność hierarchicznie ułożonej strukturze. Są wierni swoim własnym zasadą i odznacza ich pogarda do istniejącego w Stanach Zjednoczonych prawa i do władz lokalnych. Modernizująca Ameryka jest dla nich symbolem upadku wartości, a oni są pobożnymi potomkami włoskich i często irlandzkich imigrantów i trwają przy tradycji i układowi sił przeniesionemu z rodzinnych stron.

Owe wewnętrzne rozdarcie i często nieświadomą hipokryzję Scorsese pokazuje na przykładach bohaterów i całych organizacji. Najbardziej dosadnie w Gangach Nowego Jorku (2002) gdzie obserwujemy wielkie bitwy gangów inspirowane religią i wściekłe tłumy żądające śmierci innych wymachujące nożami, pałkami i symbolami religijnymi.
W bardziej subtelny sposób człowieka pełnego wewnętrznych opozycji Scorsese pokazuje w Kasynie (1995). Joe Pesci gra w tym filmie drobnego gangstera, który bez przerwy wpada w furię, jest nieobliczalny nawet dla swoich towarzyszy, zabija w amoku, ale codziennie o świcie wraca do domu i (dosłownie) zmywa krew z rąk, a następnie przystępuje do przygotowania śniadania dla swego syna, którego z czułością budzi i odwozi do szkoły.
W świecie Scorsese przywiązanie do tradycji jest rzeczą nie tyle obowiązkową co podskórną i naturalną, w świecie rodziny i wspólnoty kościelnej człowiek musi postępować moralnie, jednak od owej moralności zupełnie odrywa kwestię przemocy, wyrządzonych krzywd i przestępstw popełnionych w imię zapewnienia dobrobytu własnej rodzinie i obrony przed niemoralnym światem zewnętrznym, czyli każdemu kto wyznaje inne zasady np. przeciętnemu Amerykaninowi wychowanemu w duchu demokracji liberalnej.

Scorsese potrafi idealnie przedstawić portret psychologiczny swoich bohaterów, ale absolutnie ich nie usprawiedliwia. Dowodzi tego w jednym ze swych najsłynniejszych obrazów Chłopcy z ferajny (1990). Henry Hill, bohater w okół którego obraca się fabuła filmu wiele razy zaznacza swoją pogardę dla szarych ludzi, którzy muszą martwić się czy ich zarobek wystarczy na utrzymanie. Podkreśla, że on i jego towarzysze są klasą uprzywilejowaną, wchodzą bez kolejki do najlepszych lokali, kupują luksusowe samochody i futra dla swych żon i to jedyne życie jakie on sobie wyobraża. Na końcu filmu, kiedy traci swoją pozycję, jeszcze raz przypomina o swej pogardzie, której wcale się nie wyrzekł, jest jedynie pełen żalu dla samego siebie. Reżyser mówił o tej scenie wyraźnie - była po to, aby widzowie mogli ostatecznie znienawidzić człowieka, który nigdy nie uczy się na własnych błędach i nie koryguje swoich błędnych sądów. Zwróćmy uwagę - w ilu popularnych filmach widz ma znienawidzić głównego bohatera? W ilu popularnych filmach widzimy świat złych ludzi bez wyraźnie przeciwstawionemu mu dobra, ile scenariuszy kończy się szeregiem przegranych bohaterów, bez ani jednego zwycięstwa na osłodę?
Taki jest Scorsese - dla niego bohater, który odnosi sukcesy, bo zawsze wie co ma robić jest po prostu nudny. Owszem, w jego filmach widujemy też protagonistów, ale nigdy nie są to ludzie bez skazy. On woli pokazać człowieka upadłego. Jak Jake La Motta, Wściekłego byka zawsze postrzegałem jako film o upadku człowieka, który upaść nie musiał, ale to zrobił. Nawet Jezus Chrystus w ekranizacji Ostatniego kuszenia Chrystusa zanim poświęcił się dla ludzkości miał ludzkie wątpliwości i chwilową chęć poświęcenia zbawicielskiej misji dla wygodnego życia na ziemi...

czwartek, 20 grudnia 2012

Robert De Niro - urodzony gangster (cz. 1)

Robert De Niro

to dziś już niemal kinowy weteran. Nie pamięta jednak klasycznych filmów gangsterskich z tzw. złotej ery Hollywood, gdyż karierę aktorską rozpoczął dopiero w latach 60-tych, a poważniejsze role trafiły mu się dopiero w kolejnej dekadzie. W 1970 roku zagrał główną rolę w filmie Cześć, Mamo! Briana De Palmy. Ten występ można uznać za symboliczny - młody, nie znany szerszej publiczności De Niro występuje u De Palmy, którego wielkie dni dopiero nadejdą, lecz na razie jego nazwisko nie robi na nikim wrażenia. Moim zdaniem, w Cześć, Mamo! De Niro błyszczy, De Palma trochę mniej.
Następnie, jeszcze w tym samym roku, De Niro miał szansę przywitać się z kinem gangsterskim w filmie Krwawa mamuśka w roli Lloyda Bakera - prawdziwie szalonego członka przestępczej rodziny. Film wyreżyserował klasyk Roger Corman (Dzikie Anioły).
Następnym obrazem stawiającego pierwsze kroki De Niro była komedia Gang, który nie umiał strzelać (1971) - film, który w gatunek kina gangsterskie nie wniósł zbyt wiele.
Przełom przyniósł rok 1973. To rok istotny dla historii filmu gangsterskiego, ponieważ przyniósł pierwsze spotkania dwóch jego mistrzów - Roberta De Niro i Martina Scorsese. Scorsese w dorobku miał dopiero dwa pełnometrażowe filmy. Ulice Nędzy to pierwszy jego film zapamiętany przez szeroką publiczność. Na ekranie tytułowe ulice Nowego Jorku i aktorski duet Harvey'a Keitela i Roberta De Niro (obaj wielokrotnie powracali do współpracy z Scorsese). Nowy Jork ukazany został jako okrutne i surowe miasto biedy i zorganizowanej przestępczości, którą skrywa fasada wielkiej metropolii. De Niro w roli Johnny'ego Boya jest nieobliczalny - fenomen tej kreacji polega na tym, że widz nigdy nie wie co Johnny'emu za chwilę uderzy do głowy. Jednocześnie jest otoczony gronem przyjaciół, a opiekę nad nim sprawuje nieco starszy Charlie (Keitel), którym znów ma licznych znajomych we włoskiej mafii. To film o grzechu, specyficznym rodzaju moralności, karze, braterstwie i szaleństwie. Widzów przyzwyczajonych do współczesnych kreacji aktora, De Niro może zaskoczyć.

De Niro w Ulicach Nędzy


Po Ulicach Nędzy kariera De Niro nabrała prawdziwego rozpędu. W 1974 zagrał w kontynuacji Ojca Chrzestnego Coppoli. Otrzymał doniosłą rolę - w scenach retrospekcyjnych grał młodego Vito Corleone - odtwarzał postać, którą w części pierwszej zagrał sam Marlon Brando. Często można spotkać się z opinią, że dzięki tej roli aktor wypracował do końca swój warsztat aktorski, specyficzną gestykulację i mimikę - zawdzięcza te elementy próbą naśladowania Marlona Brando, który wykreował Vita Corleone. Innymi słowami, De Niro ćwiczył tak dużo, że w każdej kolejnej roli (lub w prawie każdej) było w nim trochę Marlona Brando.

Ojciec Chrzestny II
Rok 1976 przyniósł angaż w filmie Ostatni z wielkich - ostatnim filmie Elia Kazana. Nie jest to może jeden z najlepszych filmów legendarnego reżysera, ale warto wspomnieć, że grający główną rolę De Niro wystąpił u boku takich gwiazd jak Robert Mitchum i Tony Curtis, których młody Robert mógł podziwiać zanim rozpoczął karierę. Odnotujmy, że w filmie pojawia się też Jack Nicholson.

W tym samym roku De Niro po raz drugi pojawił się w filmie Martina Scorsese. Film ten wspominany jest do dziś. To Taksówkarz. Aktor gra tytułową role, wciela się w opętanego obsesją metaforycznego brudu z ulic NY taksówkarza, w życiu którego następujące, pozornie błahe wydarzenia popychają do zdecydowanych czynów...


środa, 19 grudnia 2012

Koniec roku z filmem gangsterskim

Zacznę od nowości, ponieważ

w polskich kinach pojawiły się dwa interesujące filmy:


Gangster (Lawless) oraz Zabić, jak to łatwo powiedzieć (Killing Them Softly). Reżyserzy tych filmów to odpowiednio John Hillcoat i Andrew Dominik. Pierwszy z nich urodził się w Australii, drugi w Nowej Zelandii. Obaj mają w dorobku zaledwie kilka filmów pełnometrażowych, filmów mocnych i dosadnych. Obaj zmierzyli się już z niepopularnym dziś gatunkiem, jakim jest western. Pierwszy był Hillcoat i jego Propoyzcja (2005), potem był Dominik i Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (2007).
W tym roku obaj panowie wykonują podejście do filmu gangsterskiego.Gangster i Zabić, jak to łatwo powiedzieć eksponują raczej działanie konkretnych jednostek niż struktury organizacji, jednak jednostki te są tradycyjnie zawieszone pomiędzy wpływami wielu instytucji, wzorców i kodeksów moralnych.

Gangster

Gangster odbiega znacznie od stereotypowych filmów sensacyjnych do jakich przyzwyczaiło nas Hollywood. Fabuła osadzona jest w USA czasu prohibicji. John Hillcoat bawi się pięknem obrazów i pieczołowicie tworzy gęstniejący klimat, który sprawia, że z filmu zapamiętamy raczej impresję niż konkretne sceny akcji. Warto dodać, że scenariusz do filmu napisał Nick Cave, znany fanom muzyki (formacje Nick Cave & The Bad Seeds, Grinderman oraz szereg utworów napisanych na potrzeby konkretnych filmów) i literatury (ostatnio Śmierć Bunny'ego Munro). W klasyczny dla siebie sposób bawi się on obrazami, dla których słowa są jedynie uzupełnieniem. To nie znaczy, że film jest ubogi w treść, można porównać go do lirycznej ballady Cave'a. Nie jest to pierwszy raz, kiedy Cave współpracuje z Hillcoatem, wcześniej stworzył muzykę do Drogi (2009) i napisał scenariusz do Propozycji.

Zabić, jak to łatwo powiedzieć

Film z pozoru wydaje się bardzo stereotypowy - mafijna partia pokera, skradzione pieniądze i pościg za złodziejami, próba wyrównania rachunku. Reżyser, Andrew Dominik solidnie osadza film we współczesnej rzeczywistości, czasie kryzysu - bohaterowie dużo rozprawiają o sytuacji ekonomicznej oraz o polityce, oglądają przemowy prezydenta Baracka Obamy w telewizji. Współczesność wydaje się mało atrakcyjna dla kina gangsterskiego... Z planów zdjęciowych uderza pustka i smutek - puste parkingi poza neonami miast, obskurne meliny i inne miejsca, które swoim wyglądem informują, że możemy czuć się zaniepokojeni. Pustka jest obecna też w chłodnych dialogach i oczach bohaterów. Mamy rok 2012, gangsterzy nie czują się już tak w czasach prohibicji - jak gwiazdy. Ich gatunek podupadł. Oba filmy są nieprzeciętnym powrotem współczesnego kina do gatunku filmu gangsterskiego.

wtorek, 18 grudnia 2012

Kino gangsterskie - start bloga.

Witam, to pierwszy post na

blogu o kinie gangsterskim.

Nie znajdziesz tu nudnych filmowych opisów, streszczeń lub schematycznych recenzji, ale posty o charakterze przeglądowym, od czasu do czasu newsy, ciekawostki i anegdoty. Nieuchronnie czasami wpisy o najlepszych filmach gangsterskich będzie przenikał mój własny punkt widzenia (już zaczynam - napisałem "najlepszych filmach" ;)), ale myślę. że to nic złego - zapraszam do dyskusji.
Nie mam problemu z używkami, ale nie jestem wolny od uzależnień - jestem uzależniony od filmu, a film gangsterski był zawsze jednym z moich ulubionych specyfików. Jestem fanem ludzi kina jak m.in. Martin Scorsese, Francis Ford Coppola, Dennis Hopper, Marlon Brando, Robert De Niro, Paul Newman, Al Pacino, Joe Pesci i wielu innych. Co uwielbiam w filmach gangsterskich? Zgadzam się z tezą Johna Forda, poniekąd powtórzoną przez Martina Scorsese, według której zbyt idealny bohater filmu jest po prostu nudny. Aby nadać mu tożsamość, która zainteresuje widza, bohater musi dokonywać trudnych wyborów moralnych, czasem narozrabiać lub podejmować zupełnie niezrozumiałe decyzje. Jak Johnny Boy w Ulicach nędzy.

JB